„Bilet do szczęścia” - Beata Majewska. [PRZEDPREMIEROWO]

Drogi Czytelniku...

Czy istnieje coś takiego jak nasza osobista przepustka do szczęścia? Jak ją zdobyć, jak znaleźć? Ile kosztuje? Myślę, że niejedna osoba (tak jak ja zresztą) zadawała sobie już kiedyś te pytania. Odpowiedź na nie spróbowała znaleźć Beata Majewska (to oczywiście pseudonim Beaty Głąb) w swojej najnowszej książce pod tytułem „Bilet do szczęścia”. To druga część z cyklu obyczajówek, które autorka dla nas szykuje, zarazem ostania opowiadająca o przygodach Hugona i Łucji.

Wspaniale było ponownie przenieść się do świata cwanego, silnego i wiedzącego jak o siebie zadbać Hugona, lekkoducha Adama (ten to mnie chyba najbardziej zaskoczył) i jego rodziców, spostrzegawczej i rezolutnej Łucji - dziewczyny o dobrym sercu, ich rodzin, przyjaciół, Damiana, Olgi, Marty, Olki, Nicole i innych.

Na pewno zastanawiacie się jakie są moje odczucia po lekturze.
Już odpowiadam.

Po pierwsze, bohaterowie. Są interesujący, bardzo dobrze wykreowani, zróżnicowani, uzupełniają się wzajemnie (zwłaszcza Hugo i Łucja, są idealnym przykładem na to, że przeciwieństwa się przyciągają) i to pod każdym względem. Nie są wyidealizowani, stworzeni na siłę. Są tacy... Swojscy, rzeczywiści.
Po lekturze pierwszego tomu sądziłam, że już nie będzie takiej siły, która sprawi, że polubię Hugona. Jakże bardzo się pomyliłam. Autorka sprawiła, że przekonałam się do niego i nawet zaczęłam mu dobrze życzyć i kibicować.
Wiele osób mnie totalnie zaskoczyło, najbardziej chyba Adam. Czym? Tego dowiecie się z kart powieści. 
Znalazło się również kilka person, które znienawidziłam i które według mnie nie zasłużyły... poprawka nie zasługują nigdy na szczęśliwe zakończenie. Najbardziej Nicole.

Po drugie, fabuła. Nie chcę nikomu zdradzać tu szczegółów, jednak powiem, że zaskoczyła mnie w wielu miejscach. Serio. Od pierwszej do ostatniej strony dużo się dzieje (o wiele więcej niż „Konkursie na żonę” według mnie), mimo, że akcja, podobnie do pierwszego tomu, niemal od początku do końca płynie niczym spokojny strumyk. Czeka tu na naszych bohaterów wiele kłód rzucanych pod nogi, wiele niedomówień, spraw wymagających wyjaśnienia i wiele innych.
Historia jest nietypowa, inna niż wszystkie, przede wszystkim życiowa, nie sztuczna. Co najważniejsze nie jest pisana na siłę. Wydarzenia następują płynnie po sobie i tworzą logiczny ciąg całości.

Po trzecie, uświadamianie. Bardzo cieszę się, że Beata, wprawdzie przelotnie (ale jednak, za co jestem jej wdzięczna), pokazuje konsekwencje niektórych zachowań i wyborów i uświadamia, że są często tragiczne wręcz w skutkach. Jakich? Tego musicie już dowiedzieć się sami z lektury.
Tego nigdy za wiele, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, przy ekspresowym wręcz tempie życia.

Powieść jest idealną lekturą do poduszki.

Opowieść pokazuje, że miłość potrafi zmienić każdego, również to, że szczera rozmowa i zaufanie powinny być ważnymi aspektami w relacjach międzyludzkich, a jej brak prowadzi do wielu nieporozumień i bólu.

Książka praktycznie czyta się sama, historia wciąga, sprawia,  że aż chce się być częścią życia bohaterów.

Beata dziękuję za tę historię.
Z niecierpliwością czekam na kolejną.

Ogólna ocena - 5,5/6. :)
POLECAM, POLECAM, POLECAM.
Warto po nią sięgnąć.

Pozdrawiam, Iza.

ZA EGZEMPLARZ I MOŻLIWOŚĆ WCZEŚNIEJSZEGO PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA. :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” - Magdalena Witkiewicz. [PRZEDPREMIEROWO]

„Grzech pierworodny” - Anna Szafrańska.