„Z ciszy” - Martyna Senator.

Drogi Czytelniku...

Marzenia? Obecne.
Tajemnice? Są.

Młodość? Tak.
Dwie doświadczone przez los osoby? Jak najbardziej.
Walka? Będzie.
Radość? Pewnie.
Smutek i cierpienie? Niestety.

Wygląda to jak składniki niebezpiecznej substancji, prawda?
Próbę zaserwowania nam takiej właśnie mieszanki podejmuje Martyna Senator w swojej najnowszej powieści pod tytułem „Z ciszy”. 
Z jakim efektem? By poznać odpowiedź na to pytanie jak zawsze zapraszam do lektury.
Mam nadzieję, że jesteście choć trochę zainteresowani.
Jest to czwarty, teraz już naprawdę ostatni tom serii Z miłości.

Wspaniale było ponownie przenieść się do świata Zoi, jej taty, jej dziadka, Filipa, Kuby, Michała, Sary, Kaśki, Szymona, Elzy, pani Wandy, Werki, Natalii, Rafała, Anki, Dominika, Roksany, Marcina i innych. Niektórzy 'wpadli' wprawdzie tylko na moment, ale i tak się cieszę, że ponownie 'spotkałam' moich ulubieńców z poprzednich części.

Na pewno zastanawiacie się jakie są moje odczucia po lekturze.
Już odpowiadam.

Po pierwsze, bohaterowie. Z przyjemnością znów muszę przyznać, że są świetnie wykreowani, bardzo zróżnicowani i ogromnie interesujący.
Nic mi w nich nie brakowało, pisarka ponownie doskonale się spisała.

Zoja i Filip już od początku zyskali moją sympatię, nie stracili jej do samego końca. Zresztą nie tylko oni, pani Wanda na przykład też, tata i dziadek Zoi również się do tej grupy zaliczają.
Oczywiście 'stara' ekipa również nie zawiodła, Kuba, Sara, Michał, Kaśka, Szymon, Elza 'trzymali fason' do końca. Takich przyjaciół życzę każdemu.

Znienawidziłam za to bardzo mocno Dominika. Chciałam go udusić gołymi rękami. Za co? Oczywiście tego Wam nie zdradzę. Zapraszam do lektury.
Jeśli chodzi o Werkę, cóż, mam co do niej mieszane uczucia...

Po drugie, fabuła. Nie chcę nikomu zdradzać tu szczegółów, jednak powiem, że dla mnie prawdziwy rollercoaster to w tym wypadku wielkie niedopowiedzenie. To coś o wiele więcej. Przez cały czas coś się dzieje, Martyna nie daje odetchnąć naszym bohaterom ani na sekundę, zwłaszcza Zoi. Autorka serwuje nam emocje garściami (o tym jeszcze potem). Nie brakuje tu również zaskakujących zwrotów akcji i problemów, którymi pisarka obarcza nasze persony na każdym ich kroku. Szczerze? Wielu chwil im wręcz nie zazdroszczę...

Po trzecie, po raz enty te tatuaże. Cholera (wybaczcie musiałam) wiem, że obiecałam sobie już przy przygodach Kuby zrobić tatuaż, ale nie wyszło. Kurcze, ja nie wiem co ta Martyna ze mną robi, ale teraz to już nie odpuszczę i jeszcze w tym roku zrobię sobie te dwa planowane tatuaże (pokazywałam je Wam przy okazji poprzednich recenzji, zachęcam do zaglądania do nich :) ).

Po czwarte, poruszanie ważnych kwestii. Chylę czoła i podziwiam pisarkę, naprawdę. Ja nie odważyłabym się poruszyć w książce tak delikatnych i jak się domyślam bardzo osobistych dla autorki kwestii. Nie chcę tu rozpisywać się o co dokładnie chodzi, większość zapewne się domyśla, jeśli nie... cóż, odsyłam do lektury książki. Jestem pewna, że nie jednej osobie poleci z oka łezka... Za to powieść dostaje ode mnie ogromnego plusa.

Po piąte, emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Na pewno ich tu nie zabraknie. Szykujcie chusteczki. Będą Wam potrzebne, obiecuję. Mi były. Momentami aż musiałam przerwać czytanie, ochłonąć chwilkę i dopiero wrócić do lektury. Za to przyznaję książce kolejnego dużego plusa.

Po szóste, styl i język. Tu niezmiennie autorka stanęła na wysokości zadania w tym temacie. Martyna pisze lekko, przystępnie dla każdego, nie przerysowuje, nie koloryzuje. To sprawia, że książkę czyta się łatwo i przyjemnie.

Po siódme, algorytmy i kody binarne. Wiecie co? Naprawdę dają się lubić. Autorka rzuca na nie całkiem nowe światło, to jest fajne.

Po siódme, po raz czwarty Kraków. W tym tomie poznajemy go chyba najlepiej. Autorka barwnie nam wszystko opisuje, ja czułam się jakbym stała za bohaterami i 'widziała' go ich oczami. Dziękuję.

Przy okazji trzeciej części zdradzałam Wam w sekrecie, że to była moja ulubiona w całej serii, dzisiaj oficjalnie zmieniam zdanie. Ten tom jest niezaprzeczalnie lepszy od poprzednika i zyskuje miano mojego ulubionego.

Powieść nie do końca jest lekką lekturą do poduszki, styl pisania autorki sprawia, że jest, lecz tematyka, która jest tu poruszana to stanowczo wyklucza.

Opowieść pokazuje, że cierpliwość i systematyczność jest bardzo ważna w każdej codziennej walce (nie ważne czy łatwej czy trudnej), w którą wkładamy wiele siły by zakończyła się zwycięstwem, oraz to, że nie każdy problem jesteśmy w stanie rozwiązać sami, choćbyśmy nie wiem jak chcieli.  Książka przypomina czytelnikowi również, że są tematy, o których należy mówić głośno (i nie tylko mówić zresztą), nie wolno tłumić w sobie emocji, zwłaszcza negatywnych.

Książka praktycznie czyta się sama (nie spodziewałam się po niej niczego innego). I tym razem 'pochłonęłam ją' praktycznie na raz, nie mogłam się oderwać. Losy Filipa i Zoi cholernie wciągają i sprawiają, że czytelnik chce być częścią ich pokręconego życia i zostać tam na jakiś czas.

Martynie ogromnie dziękuję za tę historię. Zostanie ze mną na bardzo, bardzo długo, wywarła na mnie duże wrażenie.
Ostatnio pisałam, że przygoda z naszymi bohaterami dobiegła już końca, że chętnie 'wpadłabym do nich z wizytą' jeszcze choć raz.
Na szczęście dało się coś z tym wykombinować i powstał ten, teraz już na pewno ostatni :( tom i mogłam ich jeszcze 'odwiedzić' i pożegnać się należycie z tą serią.


Może autorka da się namówić na jeszcze jeden choćby króciutki tomik?

Ogólna ocena - 6/6. :)
Muszę chyba wyznaczyć większą skalę, mam ochotę dać tej perełce o wiele wyższą notę. :)
POLECAM, POLECAM, POLECAM.
Warto po nią sięgnąć.

Pozdrawiam, Iza.

ZA EGZEMPLARZ I MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA. :)

Komentarze

  1. Piękna recenzja, pełna Twoich osobistych emocji i wrażeń z lektury. Takie opinie najbardziej lubię czytać. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cała seria jeszcze przede mną, ale na pewno po nią sięgnę. 😊

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

„Sponsor. Tom 1” - K.N. Haner. [PRZEDPREMIEROWO]

„Strażnik” - Paulina Hendel.